ehe

To pytanie często wybrzmiewa na koniec pierwszego spotkania w gabinecie terapeuty. Niektórzy pytają nawet: czy widziała pani kiedyś parę z takim wielkim problemem, jak nasz? Pytania są zrozumiałe. Zwykle kryzys jest na tyle poważny lub długotrwały, że partnerzy są już bardzo zmęczeni, gdy trafiają pierwszy raz do gabinetu psychologa. Chcą sprawdzić, czy warto jeszcze się starać i czy dalsza walka ma sens, skoro do tej pory było tak źle.

Odpowiedź zarazem jest i nie jest prosta. Zwykle odpowiadam, że każdy związek da się uratować, jeśli tylko dwie osoby tego chcą. Często dodaję, że im większy przechodzą kryzys, tym bardziej muszą chcieć. W teorii całkiem proste, prawda?

Czy chcę z tobą być?

Ale tutaj właśnie jest pies pogrzebany. Każdy z partnerów musi odpowiedzieć sobie na pytanie: czy jeszcze chcę ratować swój związek? Czy pomimo zranień zafundowanych przez partnera, pomimo sterty żali z przeszłości, pomimo wielu nieudanych prób, wciąż chcę walczyć o tę relację? Zranione emocje robią w końcu swoje, a wrodzony egocentryzm podpowiada, że może nie warto się dalej męczyć… Z drugiej strony są dzieci, poczucie zobowiązania i dobre wspomnienia o tym, jak było kiedyś. Tej decyzji nikt inny za ciebie nie podejmie, ale też nikt inny nie poniesie jej konsekwencji.

Pewne jest natomiast, że każda decyzja przyniesie konsekwencje. I rozstanie, i bycie razem. Dlatego tak ważna jest szczera odpowiedź przed samym sobą: czy wciąż chcę z tobą być?

Mętlik w głowie

W trakcie praktyki terapeutycznej wielokrotnie spotykałam osoby/pary, które na konsultacje przychodziły, żeby uspokoić sumienie i/lub partnera. Nie muszę dodawać, że nie miały szczerych chęci, aby związek ratować. Ale nie brak chęci jest tu największym problemem – każdy człowiek ma przecież prawo decydować, czy będzie walczył o związek, czy rozstanie się z drugą osobą. Szanuję to. Uważam jednak, że oszukiwanie partnera, dawanie nadziei, przedłużanie agonii, kiedy i tak zamierzamy uśmiercić związek – jest po prostu nieuczciwe.

Inna sytuacja jest natomiast wtedy, gdy partnerzy nie wiedzą co robić, gdy jest dużo sprzecznych emocji. Trudno jest być razem, ale też trudno przychodzi myślenie o życiu osobno. W takim przypadku spotkanie w gabinecie pozwala spojrzeć inaczej i często pomaga w decyzji. Ale ostatecznie zadaniem terapeuty nie jest ani zachęcanie do rozstania, ani zachęcanie do bycia razem za wszelka cenę. Byłoby to skrajnie nieuczciwe, bo to nie terapeuta poniesie konsekwencje tej decyzji (jakakolwiek ona będzie). Dlatego nacisk ze strony psychologa należy traktować jako sygnał ostrzegawczy, świadczący o braku profesjonalizmu. Jeśli natomiast jest jakakolwiek wspólna decyzja partnerów, oczywiście zadaniem terapeuty będzie ją wspierać.

Nadzieja umiera ostatnia

Być może ktoś zapyta czy to w porządku, że na terapii daję parom nadzieję, że może im się udać. Uważam, że tak. Po pierwsze, naprawdę tak uważam. Moje (i nie tylko moje) doświadczenie pokazuje, że jeśli dwoje ludzi chce ratować związek, to są w stanie przezwyciężyć nawet wielki kryzys. Po drugie, zawsze upewniam się czy jest WSPÓLNA decyzja, żeby pracować nad uratowaniem związku. Jeśli nie, skupiamy się na tym, co w tej sytuacji można zrobić, czego partnerzy potrzebują, aby upewnić się, czego chcą. Bez obopólnej decyzji nie podejmuję pracy nad ratowaniem związku. Istnieje wtedy zagrożenie, że jeden partner będzie dźwigał ten ciężar na swoich ramionach, a drugi nie będzie ułatwiał mu zadania. Wreszcie po trzecie: fakt, że para przychodzi na terapię, jest realną szansą na to, że po raz pierwszy spróbują uratować związek w inny niż zwykle sposób. Pisałam o tym w artykułach „Jak przetrwać kryzys w związku” i „Czy terapia małżeńska ma sens?”.

Ja widzę więc realne szanse na zmianę dla każdej pary i byłoby to niezgodne z moim sumieniem, gdybym przyczyniła się do pogrzebania czyjejś ostatniej nadziei. Podkreślę jednak raz jeszcze, warunkiem jest szczera chęć, motywacja a czasem wielka determinacja, aby spróbować żyć razem inaczej. Dla równowagi dodam, że gdy powyższych brakuje, uczciwe mówię partnerom, że w tej sytuacji nie widzę wielkich szans powodzenia terapii. Nie staram się nikogo zniechęcić – po prostu uważam, że jestem winna każdemu uczciwość. Ponadto, te słowa dla wielu osób są trzeźwiące, pokazują ich realne szanse i zmuszają do zastanowienia, czego naprawdę ja chcę od tego związku.

Kierownica i paliwo

Czasem porównuję terapię pary do jazdy samochodem. Para decyduje, dokąd chce jechać – czyli określa do jakiego związku, relacji chce dążyć. Terapeuta pomaga kierować, aby krok po kroku zbliżać się do celu, unikając wcześniejszych błędów. Paliwem w tym aucie jest jednak motywacja. Wniosek? Terapeuta może być najlepszy na świecie, stosować wszystkie metody, ale jeśli partnerom brakuje chęci i motywacji, na nic się nie zda kręcenie kierownicą. Bez paliwa, postępu nie będzie.

Czasem dzieje się też tak, że długotrwały kryzys zniechęca i obniża motywację. Para, która wcześniej z całych sił ratowała związek, nagle traci energię, gdy ich działania okazują się bezskuteczne. W takiej sytuacji nie rezygnujcie zbyt szybko! Prawdopodobnie tkwicie w błędnym kole (vide: „Czy terapia małżeńska ma sens?”). Uwierzcie, że jest inne rozwiązanie. To, że teraz go nie widzicie, nie świadczy źle o was czy waszej inteligencji. Czasem bardzo subtelne kwestie pogrążają związek. W takiej sytuacji zachęcam do spróbowania terapii jako „ostatniej deski ratunku”. Nawet jeśli brak wam sił, ale w głębi duszy wiecie, że chcielibyście odbudować swoją relację, wciąż jest dla was nadzieja.

facebooktwittergoogle_plus